MOTOSKANDYNAWIA CZĘŚĆ 5

16 lat przymierzałem się aby ponownie odwiedzić Skandynawię. A tu niespodziewanie, latem, okazało się, że mam czas i jakieś mizerne środki aby zrealizować to marzenie. Postanowiłem pojechać motocyklem, miała to być w założeniu tania, samotna i bezkompromisowa wyprawa. Gdzieś w połowie przygotowań koledzy zaoferowali swoją chęć przyłączenia się, ale w końcu okazało się, że nie mogą wyrwać korzeni.

Część 5

Cóż było dalej? Ano piękne lasy się skończyły. Nagle wyszło palące słońce i trzeba było zdejmować barchany. Potem była główna do Oslo, ciągle w przebudowie. Swoją drogą w Skandynawii mało się buduje, a jeśli nowe drogi to chyba według standardów ukraińskich.
      W Oslo trafiłem w jakieś tunele, co jak nory świstaków końca nie miały. Rozgałęziały się pod ziemią, a GPS, nieoceniony w dużym, obcym mieście, nie widział kosmosu. Więc awaryjnie kierowałem się na znaki 'Senter'. W końcu wypadłem z podziemi po dobrych piętnastu kilometrach bobrowania po korytarzach. Okazało się, że rzeczywiście jestem w centrum. Zaparkowałem dwukółkę byle gdzie na chodniku i rozsiadłem się z mapą oraz GPSem na murku, aby ochłonąć. Wzrok mój jednak wędrował ku nadobnym Estonkom, wysiadłym właśnie z autokaru. A zaraz potem ku Hiszpankom. U mnie hołduje się zasadzie – prawda czasu, prawda ekranu – pewnie młodym to nic nie mówi. Nie będę chrzanił, że po dwóch tygodniach bez kobiety, pierwsze co mi na oczy padło w Oslo to niezwykła architektura północnej stolicy. Każdy, prawdziwy mężczyzna, no może poza tymi nowymi co w jakąś zniewieściałą modę wierzą, jest urodzonym estetą. A estetyka bierze swoje praźródło w naturze, a pierwsza natura dla człowieka to płcie przeciwne sobie. Ale oprócz tego, że jestem estetą z przyrodzenia, to także bywam nieśmiały. Więc oczy spuściwszy, modą trwożliwego licealisty w nadziei, że to ona zrobi pierwszy krok, zadzieźgnąłem kask na łepetynę i jąłem się kręcić bez sensu motocyklem po uliczkach centrum Oslo. A kiedy miałem dość, to zamiast na kemping, kazałem się ogłupiałemu już do reszty GPSowi prowadzić na południe, w lasy. Jednocylindrowe, beztłumikowe diabelstwo, może skutera nie zdolne udawać, ale centrum zwiedziło ze mną na grzbiecie. Wąskie uliczki pulsowały od dudnienia silnika, ludzie kierowali wzrok w stronę źródła dźwięku, a ja kuląc się jak niemotocyklista ze wstydu, przemykałem w następną uliczkę.

Jeszcze kilka zdań o Oslo. To najdroższe miasto świata i mieszka tu 11% Norwegów. Od 1299 roku jest stolicą Norwegii, a zostało założone ponad trzysta lat wcześniej. W Oslo cztery razy odbyły się mistrzostwa w narciarstwie. To niezwykle popularny tutaj sport. Norwedzy ćwiczą nawet w lecie, na asfalcie.
      Potem GPS kazał mi wjechać na autostradę. A tam moje Suzuki też źle się czuje. Właściwie ono wszędzie w Zachodniej Europie źle się czuje. Dlatego już takich nie produkują. Pojechałem więc na azymut, wzdłuż wybrzeża i dopiero zawrócił mnie strażnik kiedy chciałem wjechać na teren portu. Ale dzielnice przemysłowe Oslo też mają swój urok skandynawskiego industrializmu. Następnie trafiłem w dzielnice willowe, gdzie dokonałem zakupów w supermarkecie, wzbudzając swoją osobą poruszenie pośród leciwych pań z dobrego domu. Ich mężowie pewnie grali podówczas w golfa na pobliskim polu, które mijałem. Pewnie już dzwonili do szeryfa aby mnie zwinął za włóczęgostwo.

MOTOSKANDYNAWIA

   Potem były tereny rolnicze, pola pszenicy i wreszcie lasy, tuż przed granicą Szwecji. Tu już poczułem się jak w domu. Skręciłem w pierwszą lepszą ścieżynę i dałem nura między sosny. Jakie to szczęście, że nie zdecydowałem się na miejski kemping za 120zł. Tu w lesie jest o wiele przyjemniej i swojsko. Jak każdy, lubię piosenki które już kiedyś słyszałem.
      Trafiłem w okolice Oslo o dzień wcześniej niż planowałem, a to za sprawą deszczy i ominięcia Trondheim, które ogłuszyło mnie wielkomiejskim harmiderem, mnie powracającego z głuszy północy. Deszcz natomiast pobudza motocyklistę do wytężonej jazdy. Bo za pagórkiem zawsze jest nadzieja na słońce i brak asumptu aby często, i na długo się zatrzymywać.
      Dwuosobowy sztab kryzysowy z Polski kupił mi bilet na prom do Świnoujścia. Ostatecznie zrezygnowałem z przejazdu z Kopenhagi drogą lądową po niemieckich autobhanach moim nieeuropejskim welocipedem.
      Rano jak nigdy była ładna pogoda. W sam raz aby wyskoczyć na autostradę do Malme. I znowu pojawił się problem stacji paliw. Na autostradzie tylko nieliczne są otwarte w niedzielę o siódmej rano, tak samo w Szwecji, gdzie paliwo tańsze. Jakaś przehumanizowana gospodarka. W obawie o dobre samopoczucie pracowników, nie buduje się stacji paliw całodobowych, nawet na najważniejszej autostradzie w kraju!
      Potem była tylko walka z wiatrem od morza i most do Kopenhagi za 100zł. Przy płaceniu nagle zorientowałem się, że Dania ma swoją walutę, wcale im nie spieszno do EURo. A to chytruski! A ja ciemny, że wcześniej tego nie sprawdziłem.
      W Kopenhadze zlądowałem na początek w City Camping, ale tam wolno tylko kamperom. Pojechałem więc nieco dalej od centrum, na kemping za 50zł, z płatnymi prysznicami i bez cienia. Dziś słońce pali. A z prysznicem to nie ze mną te numery Egon. Zagrzeję sobie wodę w butelce i nic nie zapłacę, jak jakiś kmiot z Polski.
      Autobusem 2A pojechałem za 10zł (15 minut) do centrum, w sam środek turystycznej skupiny. Po drodze mijałem typową, hanzeatycką zabudowę szeregową z czerwonej cegły bez tynku, z mikrozielenią przed drzwiami i zaparkowanymi rowerami. Kopenhaga to miasto rowerów. Mają tu swoje nienaruszalne prawa, pasy ruchu i osobne semafory na skrzyżowaniach. Jako turyście odradzam jednak podróżowanie rowerem po mieście. Trudno się w tym wszystkim zorientować, a pieszy ciągle ma wrażenie, że go jakiś rowerzysta ofuka jakby nasikał mu na buty przy pisuarze w podziemnej toalecie. Są tu riksze rowerowe do wożenia za pieniądze. Można mieć własną rikszę aby wozić produkty do sklepu, albo dzieci, czy żonę z dziećmi. To chyba przyszło z Christiani.
      Rozpocząłem spacer po centrum jak przystało na turystę, według wyznaczonej na mapce trasy. Spotykałem potem innych, z tą samą mapką. Co za popelina. Pierwsze co mi się rzuciło w oczy to trudny do zrozumienia język i Dunki, które jak tylko otwierały usta, to zaraz przypominała mi się żona Kjelda Jensena z Gangu Olsena. Wcześniej przejeżdżałem przez południowe przedmieścia i odnalazłem ceglaną zabudowę pamiętającą czasy Egona Olsena. Fantazja wystroju wielu galerii, butików, sklepów ma swój własny styl. Jednak nie trzeba się unifikować z Unią Europejską, jak to robi Warszawa i inne polskie miasta. Kopenhaga ma tą wolność wpisaną w charakter, podobną do Lisbony, wolność od przymusu prezentowania się od jak najlepszej strony, najlepszej czyli od takiej, od której spodziewają się ją oglądać przyjezdni. Całe to zamieszanie z rowerami; sobotnie hepeningi, rapujących gości z wpółopuszczonymi portkami; uliczni grajkowie; artystyczny nieład starej kultury; wyburzone i pozostawione samym sobie kwartały jak z niektórych dzielnic Lisbony; surowość stylu fasad kamienic; małe stacyjki benzynowe, wciśnięte w dziedzińce kamienic; a przede wszystkim ludzie bez krępacji obnoszący się, ba nawet egzaltujący, własne upodobania seksualne, stylistyczne, duchowe, światopoglądowe. Wszystko jednak w jakimś kanonie, szybko można się tu wyróżnić, w złym znaczeniu, kiedy jest się motocyklistą bez krzty gustu na wakacjach.

Mnie oczywiście najbardziej urzekły kobiety, zaraz po tej bałtycko-skandynawsko-flamandzkiej architekturze. Kobiety o skrajnej urodzie, od brzydkich kaczątek duńskiego Andersena, po niezwykłe, bo zupełnie inne od lansowanego w pop-mediach kanonu, piękności. Ciepły, letni dzień pozwolił paniom eksponować kształty. Tym które je mają, dla potwierdzenia, te które nie mają, dla poszukiwania uznania. Z jednej strony cyklistek, w większości kaski rowerowe, z drugiego końca cienkie jak carpaccio laczki, albo szpilki, a po środku minispódniczka jurnie podnoszona przy każdym pedałnięciu. Cóż kobiety lubią pokazywać, mężczyźni podglądać. Taka natura rzeczy. Kobiety w ciąży, kobiety w sukniach wieczorowych, we wszystkich odmianach. Kobiety z pieskiem i bez pieska, z komórką i malujące rzęsy na światłach. W złym tonie natomiast jest być na rowerze jak cyklistka-sportsmenka, a rower typu mountain bike, to już zupełne faux pas. Więc gorset jakiś musi być.
      Kolejnym przejawem wolności obyczajów są homoseksualiści. Mam takich dwóch koło mojego namiotu, na kempingu. Całkiem wporzo goście. Może śmiesznie wyglądają, ale przynajmniej nie udają macho. To też część zakorzenionej od dawna i ciągle ewulującej wolności jednostki. Oni w latach ’60-tych mieli pierwsze świerszczyki dla dorosłych w kioskach ruchu, my dopiero trzydzieści lat później zrozumieliśmy, że McDonald’s i Pizza Hut to nie jest szczyt poczucia wolności ani dobry styl Zachodu.
      Oczywiście Kopenhaga jest bardzo kosmopolityczna. Miesza się tu wiele nacji, ras, systemów społecznych. Są naturalną częścią tej rzeczywistości. W odróżnieniu od kolorowo ubranych czarnych w małych wioskach północnej Norwegii. Tam to zderzenie kultur jest silniejsze i nic dziwnego, że przeciw temu gęstnieją protesty.
      Kiedy wróciłem do kempingu, poszedłem jeszcze na spacer po dzielnicy starych szeregowców. Teraz to pewnie drogie kwatery. A kilkaset metrów na zachód stoją bloki. Tam teraz mieszka proletariat. Takie przesunięcie granicy.

MOTOSKANDYNAWIA

Szeregowce zatopione w zieleni i we względnej ciszy, choć prawie w centrum, to przyjemne miejsce. Mieszkańcy grają w otwarte karty, prawie nikt nie ma firanek w oknach. Ciekawe czy to ekshibicjonizm, czy poczucie wspólnoty? Dziś sobota, panuje tu niesamowity spokój. Coś jak niedziela w Warszawie, kiedy wszyscy, nierodowici Warszawiacy jadą do rodziny, albo w przyrodę, za miasto. Nie wiem jak jest w dzień powszedni w Kopenhadze, ale dziś w dzielnicach nieturystycznych było dość sennie.
      Kilka słów o Kopenhadze. Jest najmniejsza z miast nordyckich, po Sztokholmie, Oslo i Helsinkach. Mieszka tu mniej więcej tylu ludzi co w Szczecinie, ale z przyległościami, przedmieściami, ma już ponad milion. Miasto w dawnych czasach walczyło o swój prymat handlowy z Lubeką. Od XVI wieku jest stolicą Danii.
      Następnego dnia ruszyłem koło dziewiątej z powrotem przez most i tunel do Szwecji. Z zachmurzonego miasta wyprowadzał mnie Chevrolet Bel Air, dokładnie taki sam jakim jeździł Benny z Gangu Olsena. Jechałem za nim 82km/h przez cały tunel i most. Dla mnie Kopenhaga zawsze kojarzyła się ze stylem w jakim nakręcono Gang Olsena. Plenerami miasta, dziwnym językiem, niefrasobliwą mentalnością bohaterów filmu, wyblakłą, pastelową wolnością lat sześćdziesiątych. Taką właśnie odnalazłem Kopenhagę na swój użytek. To drugi co do ważności punkt tej wyprawy, zaraz po Finmarku.
      Ostatnim jednak, jaki zapamiętałem, akcentem tej podróży był prom z Ystad do Świnoujścia. Zatłoczony polskimi robotnikami pracującymi w Skandynawii. Przedsmak tej kultury, albo jej braku, miałem już na kempingu w Kopenhadze. Mieszka tam bowiem kilku z nich prawie na stałe. No cóż jak zwykle lądowanie w ojczyźnie było twarde. Prosto z utopii bujania w obłokach na twardą glebę.

KONIEC

MOTOSKANDYNAWIA

MOTOSKANDYNAWIA

MOTOSKANDYNAWIA

MOTOSKANDYNAWIA

MOTOSKANDYNAWIA

Autor: Mariusz Reweda

Zdjęcia: archiwum autora

BIO

Mariusz Reweda

Zawód podróżnik, to najlepiej pasuje do opisu tej osoby. Ostatnie 21 lat spędził na penetrowaniu świata i jego poznawaniu. Z dala od atrakcji z przewodnika, blisko zrozumienia obcych kultur. Najczęściej na własnych kołach, motocyklem, samochodem… kajakiem. Jego dom jest zawsze przy nim.


error

Jeżeli artykuł Ci się podoba, to prosimy udostępnij go innym. :)

Skip to content