MONGOLIA CZĘŚĆ 2

Mariusz Reweda

Część 2

Szamanizm jest archaiczną religią wspólną dla wszystkich ludów Syberii i Mongolii. Jego podstawą jest przeświadczenie o dwóch wymiarach rzeczywistości, materialnej i duchowej. Natomiast kosmologia syberyjskiego szamanizmu oparta jest na trzech piętrach organizacji świata, które obejmują: Świat Dolny zamieszkany przez złe duchy, Środkowy Świat ziemski i niebiański duchowy Świat Górny zamieszkany przez życzliwe duchy pomocnicze. Rolą szamana jest komunikacja z duchami, a nawet podróżowanie w zaświaty, co czyni w celach społecznych, to znaczy dla dobra wspólnoty lub poszczególnych jej mieszkańców. Kontakt ze światem duchowym następuje w transie, w który szaman wprowadza się poprzez rytmiczne bębnienie lub śpiew, czyli „kamlanie”. Bęben jest nieodłącznym atrybutem każdego szamana, bez względu na to, z jakiego kręgu kulturowego pochodzi. Ważnymi momentami kontaktu każdego człowieka z zaświatami są narodziny i śmierć, dlatego w takich chwilach pomoc szamana jest nieodzowna. Chodzi tu o pomoc w „ulokowaniu” się duszy w nowym ciele przy narodzinach oraz odprowadzenie duszy zmarłego w celu jej harmonicznego połączenia z zaświatami. Szaman występuje również często w roli uzdrawiacza, do czego, obok pomocy duchów, wykorzystuje również zioła i medycynę naturalną.

Tradycyjnie szamanem nigdy nie zostaje się z własnej woli. Jest to raczej powołanie, często dziedziczone z pokolenia na pokolenia.  Kluczowym momentem w życiu szamana jest tzw. choroba szamańska, która jest momentem duchowej inicjacji adepta do wykonywania praktyk szamańskich. Nieodłącznym rośliną każdego szamana syberyjskiego jest tak zwane „szamańskie ziele” (artysz), czyli jałowiec, którym okadza się i oczyszcza pomieszczenia oraz aurę osób zwracających się do szamana o poradę. Jest to praktyka tak powszechna, że gałązki jałowca można kupić na każdym targu w Azji Centralnej.

Z perspektywy szamańskiej ważnymi miejscami, gdzie przebywają duchy są wszystkie przełęcze i źródła. Zawsze można znaleźć tam święte drzewka obwieszone wstążkami i flagami modlitewnymi. Często znajdują się tam także sterty kamieni (zwane ovo) układanych w specjalnej intencji. Obok nich ludzi zostawiają drobne monety lub inne dary, np. papierosy. Czasami w takich szczególnych miejscach znaleźć można także ryty naskalne lub kamienne figury pochodzące z czasów tureckich, choć większość z nich została za czasów sowieckich „uwięziona” w muzeach krajoznawczych.

Dziś usługi szamańskie są powszechnie dostępne w północnej Azji. W większych miastach funkcjonują centra szamańskie, gdzie przy wejściu wisi cennik za standardowe usługi.

Tymczasem ognisko strzelało iskrami pod granatowe, rozgwieżdżone niebo. Deski trzeszczały pod ciężkimi butami wiekowego tancerza, który na oko wyglądał na siedemdziesięciolatka, ale poruszał się zwinnie i z wprawą jak młoda baletnica. Zestaw tanecznych ruchów nie jest skomplikowany, trochę przypomina naśladowanie tańców godowych różnych zwierząt, a najbardziej łabędzia.

Całkiem podobnie tańczyły trzy babki, ciężko odziane w powłóczyste stroje ludowe. Kilkoro mężczyzn z publiczności natchnionych dźwiękami także rzuciło się w tany. Podrygując tak w półkolu przypominali Greków po kilku głębszych cipru, dostojnie tańczących z uniesionymi wysoko ramionami.

Początkowo muzykę tworzył na prostym instrumencie – dombura, wyglądającym jak dziecinna gitarka z długim gryfem, tylko jeden, również wiekowy grajek. Po chwili popis solowy dała starsza pani na równie nieskomplikowanym urządzeniu, a na końcu przyłączył się profesjonalny folk-instrumentalista, owiany sławą w całej Mongolii, który pięknym, męskim głosem, modulowanym do śpiewu gardłowego, uświetnił wokalnie występ.

Piosenki w wykonaniu kobiet miały charakter religijny, natomiast w wykonaniu mężczyzn opiewały, jak sądzę, dawną bohaterską świetność Mongolii. Były znane publiczności, zwłaszcza tej starszej, która po cichu wtórowała śpiewakom.

Mimo tłumu ludzi, stworzyła się z tego podniosła atmosfera, w charakterze kameralnego, wręcz osobistego spotkania pod gwiazdami, przy ognisku, na szerokim stepie. W świetle ognia błyszczały zdobienia na szatach kobiet i medale na sukmanach mężczyzn. Uwaga publiczności skupiała się na muzyce wygrywanej na paru strunach. Bliskość ogniska, grajków wtopionych w publiczność, nieznane nam słowa, zupełnie oderwane od naszej rzeczywistości gardłowe dźwięki, gwiazdy szczelnie wypełniające niebo, chłód wieczoru. Wszystko to tworzyło odrealniony wieczór, prawdziwą przygodę w podróży.

Dopiero w nocy ludzie zaczęli rozchodzić się do jurt i samochodów. Zgasły niebieskawe światełka I-phonów trzymanych w żółtych rękach, rejestrujących zjawisko na stepie. Zgasły ostre reflektory telewizyjnych kamer. Starzy, ukwieceni odświętnymi strojami folk-grajkowie, znowu stali się zwykłymi ludźmi. A atmosfera dająca wrażenie tego, co każdemu Białemu kojarzy się ze stepami Mongolii, uleciała pod szczyty gór Ałtaju. Trzymilionowy lud Mongolii. Społeczność przedziwna kulturalnie, historycznie i etnicznie. Czym by dla nas była, gdyby nie krwawe wyczyny Czingis-Chana, przy którym Stalin był mały. Tuż pod bokiem żyją Ujgurowie. Historycznie i kulturalnie bardziej znaczący od Mongołów, ale na Zachodzie, w mentalności popkultury, w ogóle nie znani. Na Zachodzie mimo wysokiej, jak się nam wydaje, cywilizacji, nadal podlegamy prostym mechanizmom społecznym. Zapamiętujemy ze szkoły wybiórczo te fakty, które są wielkie w uznaniu dziecięcego umysłu.

Nie inaczej jest z symbolami. Mongolia oczywiście w godle ma orla. Jest ich tu wiele, siadają na plotach we wsiach, albo na ziemi przy drogach, jak gołębie w kraju spod znaku białego orła z koroną, z patosem nasadzoną na mały, ptasi łepek. Orzeł to największy ptak istniejący w mentalności ludów północnej półkuli Ziemi jako symbol odwagi, męstwa, godności, honoru, wszystkiego co wydaje się nam godne najwybitniejszych, naszych praojców. Wierzymy w ten odrealniony, zwodniczy ideał, bo jest nam potrzebny jak wzór kilograma z instytutu miar i wag spod Sevres we Francji. Wyznacza pewne ramy, fundamenty, w których istniejemy, które tak naprawdę są bezduszne jak Kosmos, jak te góry Ałtaj wokół mnie teraz. Tak naprawdę nie ma w tej pustce miejsca na sprawiedliwość, honor i odwagę, nawet na dobro i zło, albo jin i jang. Te artefakty naszej kultury istnieją tylko dzięki istnieniu naszej zbiorowej świadomości. Ale bez nich trudno byłoby kategoryzować, a więc szczęśliwie żyć, albo w ogóle żyć.

CDN

Autor: Mariusz Reweda

Zdjęcia: archiwum autora

BIO

Mariusz Reweda

Zawód podróżnik, to najlepiej pasuje do opisu tej osoby. Ostatnie 21 lat spędził na penetrowaniu świata i jego poznawaniu. Z dala od atrakcji z przewodnika, blisko zrozumienia obcych kultur. Najczęściej na własnych kołach, motocyklem, samochodem… kajakiem. Jego dom jest zawsze przy nim.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

error

Jeżeli artykuł Ci się podoba, to prosimy udostępnij go innym. :)

Skip to content