MOTOSKANDYNAWIA CZĘŚĆ 1

16 lat przymierzałem się aby ponownie odwiedzić Skandynawię. A tu niespodziewanie, latem, okazało się, że mam czas i jakieś mizerne środki aby zrealizować to marzenie. Postanowiłem pojechać motocyklem, miała to być w założeniu tania, samotna i bezkompromisowa wyprawa. Gdzieś w połowie przygotowań koledzy zaoferowali swoją chęć przyłączenia się, ale w końcu okazało się, że nie mogą wyrwać korzeni.

Część 1

Wyruszyłem z domu w niedzielę i już po dwóch godzinach złapałem gumę w tylnym kole, a zaraz potem miałem stłuczkę. Plastyki połamane, ale jechać można. Jednak to prawda, że jedna tarcza hamulcowa i nurkujące zawieszenie nie pomagają zatrzymać dwukółki. Ostatni raz hamowałem awaryjnie jakieś 10 lat temu, albo i więcej. Tyle, że wtedy byłem fanatykiem sportowych motocykli, a one hamują tak, że żarówki z reflektorów wypadają.
      A nie powiem, była chwila zawahania po wypadku – czy jechać dalej, może to znak? Ale w końcu przeważyła siła bezwładu, brak zatrzymania w pędzie życia. I tak nie wiedząc kiedy znalazłem się nad jeziorem Wigry, u znajomego na kempingu. Trzeba było rozstawić namiot, zjeść coś, potem opowieści przy flaszce i już noc. Następnego dnia trudno się wycofać, nawet kiedy refleksja przyszła. Teraz kiedy przy butelczynie zgodnie przytaknąłem, że wypadek, w tak niebezpiecznej i samotnej podróży, to fraszka. A więc łykam strach i „po asfalcie, czy przez piach, raz na skróty, raz pod wiatr” gnam przed siebie, na północ. Tego dnia zrobiłem 810 kilometrów, z czego jakieś 150 szutrówkami, przez Litwę, Łotwę i Estonię. Zanocowałem tam gdzie zawsze, na plaży Bałtyku, parę kilometrów od Narwy i przejścia granicznego do Rosji. Koniec dojazdówki, 1400km od domu. Od jutra zaczynam podróżowanie leniwe.

      Rano spędziłem prawie dwie godziny na granicy. Ale to mało. Ci co podróżują do Rosji, wiedzą że czasami bywa to dwanaście godzin. Motocykliście wiele rzeczy uchodzi na sucho. A to wpychanie się bez kolejki, a to łazikowanie po przejściu bez paszportu, aby rozprostować kości… Nie można takiemu kazać siedzieć w 'nutri’ – czyli w środku samochodu. Sprawdzanie bagażu, nawet przez takich służbistów jak rosyjscy celnicy, polega na zapytaniu – aróże jest? – znaczy czy przewożę broń. Naklejki państw jakie odwiedziłem, zaklejające owiewkę, zawsze łamią pierwsze lody kontaktu z urzędnikiem, wygrywa ciekawość – a co to za państwo 'AZ’? Motocyklista zawsze wzbudza te struny czułej na fantazję psychiki funkcjonariuszy państwowych, których właściciel terenowej wyprawówki raczej nie porusza. Może na brudnym, starym motocyklu, może w śmierdzącym kombinezonie, ale kawał świata zobaczył – ech tam, szczęśliwej drogi, jedź człowieku – ja też kiedyś ruszę na swój szlak, jak mi stara pozwoli. A motocyklista się zaduma – gdzie byłaby ludzkość, gdyby te matki, żony, kochanki nie hamowały fantazji chłopów?
      Na stacji benzynowej, za granicą, spotykam lokalnego pijaczka. Sterczy tu bo tu najładniejsza stacja. Drogie paliwo mają, ale turyści zawsze tu tankują. Tamte inne zaprawki – mówi – wyglądają po komunistycznemu, a tu zachodnia Neste. Ceny różne, a paliwo z jednej cysterny dowożą. Przypomniał mi się inny Rosjanin, z Syberii. Twierdził, że nowe samochody są jak ruska wódka, różne butelki a w środku to samo badziewie. Ze stacjami benzynowymi jest widocznie tak samo, jak mucha do gówna, tak na kolorowe, nowoczesne stacje, co bardziej przypominają sklepy ze słodyczami i bary bistro, gdzie automobilizm zostaje zepchnięty do rogu z jednym regałem, z drogimi olejami silnikowymi. Neony, czyste kibelki, nowe dystrybutory elektronicznie dozujące paliwo. Nawet jeśli wie, że to fasada, to jednak czuje się u siebie, w domu. Przypomina mi się powieść Lema, w której zmysły ludzkości mamiono odurzającymi gazami, przez co ludziom wydawało się, że żyją w dobrobycie, ale to była tylko narkotyczna wizja.

Nic to. Ruszam na Petersburg, który mijam po zachodniej obwodnicy. Gęby by porozdziawiali ci, którzy tkwią w ułudzie, jakoby to Rosja to zadupie a Rosjanie to matoły. Warszawa, ba nawet Berlin, może pozazdrościć takiej obwodnicy pod dnem morza. Swoją drogą to ciekawe kiedy Zachód zrewiduje swoje poglądy na temat Rosji. W żadnym miejscu na świecie, gdzie byłem, nie widziałem tak szybkiego dążenia do nowoczesności, jak właśnie w Rosji. No może jeszcze w Indiach, ale tam ma to nieco inny charakter.
      Zanocowałem nad jeziorem, w pięknych lasach. Nocowałem tu już osiem razy, w poprzednich podróżach. Tym razem to sezon w pełni. Dzikie plaże pełne są letników. Piękny to zwyczaj panuje w Rosji, aby wakacje spędzać na łonie przyrody. Dużo mają tutaj tej przyrody, żyją bliżej niej i bardziej z niej korzystają. Europa zachodnia jest przeludniona, żyje w stylu miejskim, odizolowana od przyrody zakazami wstępu, zasiekami broniącymi enklaw ostatniej, prawdziwej natury, lękiem przed kleszczami. Może nasi pradziadowie pamiętaliby co to znaczy kontakt z przyrodą, my już tego nie wiemy. Owszem jeździmy na wakacje bliżej natury, łazimy po górach, na grzyby, ale już nie traktujemy przyrody lasu tak jak Rosjanie, jak część naszej rzeczywistości. Prędzej uwierzymy lekom z apteki aniżeli ziołom z lasu. Bardziej bezpiecznie i naturalnie czujemy się w mieście, centrum handlowym, albo w domu, aniżeli w lesie. Na wyprawy w przyrodę nastawiamy się jak na wielką przygodę. To jeden z powodów, dla których żałuję, że muszę mieszkać w zachodniej Europie, bo wolę las od miasta.
      Rano pogoda była zupełnie inna niż dnia poprzedniego. Siąpił deszcz, wiał wiatr, ale nadal było duszno i dość ciepło. Cóż było robić, zafoliowałem całą swoją sylwetkę, upodobniając się do ufoludka. Może było gorąco w środku, ale sucho. Mogłem puścić się przez szutrówki Karelii nie bacząc ani na deszcz ani na błoto rozchlapywane przez moje koła i koła samochodów z przeciwka.
      Człowiek szybko przyzwyczaja się do niewygody. Ogacone folią buty, jakoś nie chciały wbijać biegów, a dwupalczaste rękawice z brezentu, nie pozwalały na rutynę wciskania sprzęgła, ani hamulca. Czułem się coraz bardziej mokry pod folią, a to za sprawą własnego potu, ale jakoś dziwnie szybko się do tego przystosowałem. Nawet szukanie pieniędzy, w foliowej torebce, schowanych gdzieś po kieszeniach kombinezonu, pod folią, nie złościło, ale było jakby z boku. Ciągle oglądałem mijane wioski, notowałem co się zmieniło od ostatniego lata, gdzie postawiono nowy płot, gdzie nowy kosz na śmieci, skąd zniknął wrak Żigulaka, gdzie ubyło asfaltu, a gdzie przybyło dziur. Przyzwyczaiłem się, że od siedmiu lat jestem tu corocznym gościem, lustruję te wioski i drogi, notuję w pamięci zmiany. Właściwie to cała przyjemność wracać do tych samych miejsc. Paradoksalnie, po latach, można skolekcjonować całkiem pokaźną bibliotekę takich miejsc na świecie, które widuje się co roku, czując się jak u siebie, a będąc w pracy jako przewodnik grup turystycznych.

Tym razem jednak jadę sam, zupełnie dla własnej przyjemności. Nawet, co dla mnie nietypowe, nie planuję wykorzystać tej trasy dookoła Bałtyku, do celów zawodowych. Jaki to luz i brak skrępowania przy planowaniu kolejnych dni drogi, kiedy się nie myśli o tym jak tą trasę przedłożyć klientom i podać im to w formie dla nich łatwostrawnej. Mogę nocować tam gdzie chcę, nie muszę strzyc na boki oczami w poszukiwaniu awaryjnych noclegów, ani analizować ilości dziennych kilometrów. Jeśli mi się nudzi z powodu dręczącej tarki szutrówek, to nudzi się tylko mnie, a nie ludziom których do tej nudy zmuszę za rok. Dla większości z was jest to niezrozumiałe, ale dla zawodowego przewodnika każda podróż samotna jest tylko wstępem do przyszłej podróży w grupie.
      Dziś jednak jadę tylko po znajomych śladach, no może z małymi wyjątkami. Minąłem Sortawalę z mostem w remoncie, potem zdjąłem część folii, bo przestało padać, a potem… za kilka godzin nudnych szutrówek, dojechałem do Suojarvi, gdzie zatankowałem i uzupełniłem zapasy. Po drodze zastanawiałem się w samotności zamkniętej w kasku, czy aby uda mi się spotkać zachodnich turystów w Karelii. No i dziwnym trafem spotkałem trzech motocyklistów na ciężkich BMW i dwa Land Rovery z Finlandii. No ale oni się nie liczą, przecież przyjeżdżają tu jak do siebie, jak Niemcy na Mazury. Następnego dnia dowiedziałem się od policjanta, który na nich czekał w Porosozjero, że grupa już się zaanonsowała wcześniej, że trasę mają uzgodnioną, chociaż nocują na dziko w lesie. A to wiem stąd, że najechali mnie na pięknej plaży koło Suojarvi. Właśnie wtedy kiedy brałem prysznic. Jednak nie zostali i poszukali innej plaży. Może się wystraszyli golasa. No i dobrze, bo przyjemnie mi było w zupełnej ciszy, samotności, na mojej bezludnej plaży, nad jednym z karelskich jezior. A trafiło mi się urodziwe miejsce, mało takich znam. Siedziałem przy flaszeczce mołdawskiego szampana aż do wschodu słońca, który nastąpił ledwie co po zachodzie, na północy. Szarość nocy rozświetliła pomarańczowa łuna nad lasem, po drugiej stronie jeziora. Woda bez ani jednej zmarszczki była jak powietrze bez ani jednego dźwięku. Potem, przewracając się w śpiworze, w chłodzie poranka, wydawało mi się, że to niedźwiedź coś burczy za drzewem, a to dudnił mój zapchany kurzem szutrówek nos. Zadam wam pytanie jakie zawsze ludziom, którym tą piękną przyrodę pokazuję, zadaję – kiedy ostatnio słyszeliście ciszę taką że tylko w uszach dzwoni? W Polsce nie wiele jest takich miejsc bez dźwięków. Czasami wydaje się nam tylko, że jest cicho. Zawsze w oddali coś słychać, chociażby ptaki. Wiem, że na ludziach urodzonych w mieście, taka cisza wymaga aby ją czymś wypełnić, zagłuszyć ten nienaturalny stan budzący lęk.


      Wieczorem miałem mnóstwo czasu aby pospacerować, pogadać z mrówkami atakującymi mój namiot, podpatrzeć kaczkę, która uczyła swoje potomstwo startować do lotu, pozbierać śmieci pozostawione przez Ruskich, najeść się jagód i poziomek, rozpalić ognisko, zgasić ognisko, zadumać się nad własnym losem i nad losem tych, których zostawiłem w Polsce. Moja mama leży w szpitalu z podejrzeniem raka. Czy będzie jeszcze mogła obejrzeć tak piękną przyrodę? Ale z drugiej strony czy życie jest po to aby realizować wszystkie swoje plany? Może jest po to aby nauczyć się tego czego nigdy nie planowaliśmy. Ja planowałem przez 16 lat wyjazd do Norwegii. Wreszcie pojechałem, ale przez Rosję, bo taniej. Na dziś psujący się motocykl nie wróży abym do Norwegii dojechał, ale i tak nie jest źle. Wielu mi zazdrości, nawet znam kilku z nich z nazwiska.

Następnego dnia wstałem późno, bo położyłem się późno, a potem jeszcze pisałem. Ruszyłem zaraz po Finach, których rozgrzewane silniki słyszałem na sąsiedniej plaży. Dogoniłem ich szybko, bo jadą dość wolno. A może to ja zbyt szybko gnam? Więc zwolniłem. Zrobiłem to co zawsze doradzam tym co pokonują rosyjskie szutrówki – pomyśl że droga jest trzy razy dłuższa niż wskazuje na to GPS i zwolnij o połowę, zobaczysz wtedy więcej ciekawych rzeczy, mniej zniszczysz zawieszenie i przestaniesz się denerwować dziurami. Rzeczywiście to działa. Jechałem teraz na II i czasami na III biegu. Zatrzymywałem spontanicznie przy byle okazji aby pstrykać zdjęcia, zagadnąć tubylca, rozprostować kości. Droga do Porosozjero ciągnęła się w nieskończoność, ale było to przyjemne, bo nigdzie się nie spieszyłem. Widać jednak Finowie kontemplowali naturę tajgi i mijane wioski jeszcze wnikliwiej ode mnie, bo mnie nie dogonili.
      W Porosozjero zapytałem o dalszą drogę, okazało się, że GPS się nie myli. Od teraz jadę po dziewiczym dla mnie terenie. Skończyły się ślady i punkty na GPSie, które przed laty stawiałem. Fanfar z tej okazji nie było, a otoczenie pozostało takie samo. Jednak muszę zaznaczyć, że każda z mijanych wiosek, a jest ich tu kilka tylko, różnią się od siebie. Mają inną atmosferę, trochę inną zabudowę, innych mieszkańców i inne otoczenie przyrody. Na pozór to taka różnica, jak między muzyką Strawińskiego a Szostakowicza. Jeśli ktoś nie słucha klasyki, to różnica żadna. Ale jak tylko otworzymy wrażliwość na ten rodzaj muzyki, czy rzeczywistości Karelii, to różnice pokazują się jak stąd do Warszawy, na Mokotów.
      Ponad 170 kilometrów szutrówki z Porosozjero do Muezierskiego może jednak złamać każdą cierpliwość. Skupienie i wyszukiwanie dziur w drodze męczy już po dwóch godzinach, a nawet dobre zawieszenie prawdziwego enduro nie daje rady. Dziury irytują nawet przy spokojnej jeździe na II biegu. Luźny miejscami piach zmusza do kontrolowania gazem wielu zakrętów, a jest ich setki. Godziny mijają, kolejne przystanki pośród pięknych okoliczności przyrody nie dają wytchnienia, bo GPS ciągle krzyczy, że do końca jeszcze ponad sto kilometrów. W ilości czasu i zmęczenia to trasa równa drodze z Warszawy do Szczecina, przez Bydgoszcz. Po drodze spotkałem cztery samochody i zajrzałem do trzech wiosek. Reszta to krzaki tajgi, bezkres urokliwych bagien, całe szczęście że owadów tego roku jest mało.

Cdn.

Autor: Mariusz Reweda

Zdjęcia: archiwum autora

MOTOSKANDYNAWIA

MOTOSKANDYNAWIA

MOTOSKANDYNAWIA

MOTOSKANDYNAWIA

MOTOSKANDYNAWIA

BIO

Mariusz Reweda

Zawód podróżnik, to najlepiej pasuje do opisu tej osoby. Ostatnie 21 lat spędził na penetrowaniu świata i jego poznawaniu. Z dala od atrakcji z przewodnika, blisko zrozumienia obcych kultur. Najczęściej na własnych kołach, motocyklem, samochodem… kajakiem. Jego dom jest zawsze przy nim.


error

Jeżeli artykuł Ci się podoba, to prosimy udostępnij go innym. :)

zostań naszym autorem
Skip to content