MONGOLIA CZĘŚĆ 3

Mariusz Reweda

Część 3

Patrząc dzisiaj przez uchylone okno mojego domu na kółkach, spostrzegłem orły. Rozbiliśmy obóz wysoko na stoku góry, pod lasem, ponad całym tym festiwalem folk. Orły latają wokół nas jak jaskółki. Ale inaczej niż one, a na pewno inaczej niż mądre wróble, albo długowieczne, czarne jak szwarc charaktery kruki. Orły latają wokół nas jak muchy gnojarki, bo dwadzieścia metrów dalej nasi sąsiedzi pozostawili, beztroskim, ludycznym sposobem śmieci, które rzeczone orły, porzuciwszy majestat nadany im przez ludzi, obsiadły z pasją. Można różnie patrzeć na orły na śmietniku, albo na rozkręcający się właśnie festiwal u podnóża naszej góry. Coś jak wtedy, kiedy mężczyzna patrzy na piękną kobietę. Można widzieć blichtr przyodziewku, wyobrażać sobie co też jest pod spodem, szukać sposobu aby dostać to coś, czego jest symbolem, zachwycać złudnym pięknem, albo pastwić się nad niedociągnięciami natury. Sposobów patrzenia jest wiele, każdy może opisać to co widzi po swojemu.

Tak gdzieś koło południa Karsten, kolega z którym podróżujemy, przybył z wiadomością, że organizator, z którym wczoraj chcieliśmy się bratać, dziś zażądał od niego 50 USD za wstęp na festiwal i mały poczęstunek w namiocie. Postanowiliśmy potraktować sprawę po polsku, unikać organizatora i wtopić się w tłum widzów, który rósł z godziny na godzinę.

Z wysoka naszego noclegu oglądaliśmy to wydarzenie przez lornetkę. Przybywały kolejne samochody i całe rodziny konno, a nawet na wielbłądach, że o chińskich mopedach nie wspomnę. Rój ludzi czernił się przed placem, gdzie odbywały się mongolskie zapasy. Tuż przed stałą sceną, na której występowali folk-tancerze i śpiewacy, zapewne z różnych stron dawnej Mongolii.

Powyżej powiewały na masztach flagi Mongolii, Ałtaju, Tuwy, Kazachstanu i Chin. Po lewej zorganizowano parking dla koni i wielbłądów, taki mongolski koral. Konie wiązano do sznurów rozciągniętych wysoko nad ziemią, a wielbłądy do belki rzuconej luzem w trawę. Baktriany (wielbłądy dwugarbne), obute w miękkie siodła, wyraźnie zdradzały niepokój całym tym harmiderem i obecnością tylu koni. Właściciele sadzali je na ziemi, ale one po chwili wstawały na nogi i dreptały niespokojnie w grupce. Po prawej stały samochody i mopedy oraz kramy z chińską tandetą. U nas takie folk-festiwale mają na celu promowanie dawnej kultury i tradycji, również kulinarnej i rękodzieła. Tutaj tradycja dawnej Mongolii jest ciągle obecna w życiu codziennym, nawet jeśli obuta w Adidasy i chińską podróbkę koszulki Calvin Klein. Kto by kupował specjały kuchni tradycyjnej, albo wyroby domowego rękodzieła, skoro każdy z przybyłych ma to na co dzień w domu, a biali turyści boją się o swoje żołądki i mają małe, wypchane nowoczesną odzieżą, plecaki.

Za tym całym rozgardiaszem i hałasem płynącym z głośników, odbywały się wyścigi konne, tak na oko na dystansie dziesięciu kilometrów. Jednakże z naszej ptasiej perspektywy, kiedy tak ogarnialiśmy okiem całą dolinę na kilkanaście kilometrów szeroką, ten ludzki zamęt ginął w zimnej, choć słonecznej pustce gór. Był jak bzycząca mucha w dużym pokoju, w letnie popołudnie. Skupiał na sobie uwagę, ale był ledwie tymczasową anomalią całości.
Zjechaliśmy na dół po stromiźnie i wtopiliśmy się w leniwie mieszający się w upale tłum. Upal zresztą przychodził i odchodził, na przemian z zimnym deszczem i wiatrem. Raz w użyciu były kapelusze i basebolówki z czarnymi okularami, a raz kurtki przeciwdeszczowe i polary.

Mikstura ludzi, pierdzących mopedów, spacerujących koni z dzieciakami w drewnianych siodłach, niezrozumiałych słów atakujących uszy z głośników, a to komentatorów sportowych, a to śpiewaków ze sceny, zapach pieczonych na silnym ogniu baranich szaszłyków, spoconych ludzi i koni po wyścigach, a także końskiego łajna na zelówkach sandałów, zmieszane z wonią drogich perfum roztaczanych przez miejscowych oligarchów. Niektórzy z nich w tradycyjnych strojach i ciężkich, skórzanych butach z zadartymi noskami, inni w błyszczących dresach i czarnych półbutach, skórzanych marynarkach i cowboyskich kapeluszach. Przyjeżdżali najdroższymi Land Cruiserami, dziwnie lśniącymi głębią czerni w tym zakurzonym krajobrazie. Ale większość stanowili zwykli ludzie, czasem z miasta, czasem z zapadłej wsi, z inteligentnym wejrzeniem albo dzikim spojrzeniem, jak żołnierze Czingis Chana. Pomiędzy, w ciągłej zabawie i ruchu, dzieciaki o pyzatych twarzach, a malutcy jak nasze, dwuletnie bobasy.

Słyszeliśmy różne języki, w większości niezrozumiałe, gardłowe, sprzeczne melodyjnie, ale także rosyjski od Ałtajców i Tuwińców. Po jakimś czasie zaczęliśmy kategoryzować twarze. Do jednego worka wrzucać te trójkątne z mocno wystającymi kośćmi policzkowymi. Do drugiego te z drobnymi rysami, jakby słowiańskimi, ale skośnymi oczami. Do jeszcze innego te płaskie i okrągłe. Twarze starców poorane wiatrem, słońcem i mrozem. Łatwo było je uchwycić obiektywem, skraść tą historię i wspomnienia, na nich wypisane.

Najbardziej wyczekiwaliśmy występu folk-zespołów tanecznych. Ale nieco nas zawiodły. To nie był ten poziom, który widzieliśmy osiem lat temu w Kyzyle, stolicy Tuwy. Przypominał bardziej występy koła gospodyń wiejskich oraz przyszkolnych kółek zainteresowań dawną tradycją. Nawet znany nam z nocnego występu śpiewak, teraz w blasku słońca, przez głośniki, na wielkiej, oddalonej od nas scenie, nie brzmiał tak jak wczoraj przy ognisku.

Późnym popołudniem wyjechaliśmy w drogę na ostatnią przełęcz przed Ulangoom. A nocleg znaleźliśmy w wąskim kanionie skalnym, w kolorach wyblakłej zieleni, brązu, pomarańczu, fioletu kwiatów i szumu wiatru w załomach kamieni.

Minęły dopiero dwa tygodnie od wyjazdu z Polski, a to ciągle początek podróży. Jeszcze tyle się wydarzy, ale to już zupełnie inne historie. Dziś, kiedy patrzę na to wszystko z perspektywy czasu i przestrzeni, wydaje się to nierealne, bo tak odmienne od codzienności ludzi mnie otaczających w Polsce. Zawsze jest tak samo, powroty są trudniejsze. To jak próba wskoczenia wykolejonego pociągu z powrotem na tory. Po iluś tam podróżach jakie odbyłem, rzeczywistość Polski wydaje mi się mniej realna, bardziej obca.

KONIEC

Autor: Mariusz Reweda

Zdjęcia: archiwum autora

BIO

Mariusz Reweda

Zawód podróżnik, to najlepiej pasuje do opisu tej osoby. Ostatnie 21 lat spędził na penetrowaniu świata i jego poznawaniu. Z dala od atrakcji z przewodnika, blisko zrozumienia obcych kultur. Najczęściej na własnych kołach, motocyklem, samochodem… kajakiem. Jego dom jest zawsze przy nim.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

error

Jeżeli artykuł Ci się podoba, to prosimy udostępnij go innym. :)

Skip to content